Menu

Blog III

Zagadka

CZYTELNICTWO

jacekbochenski

 

 

 

Dawno nie zachodziłem do pana Darka w Centrum Handlowym Land. Trzeba popatrzeć na witrynę księgarni. Jest „Justyna”?

 

Nie ma.

 

- Wszystkie sprzedałem. Musiałbym zamówić. Ale… No tak – pan Darek zagląda do swojego komputera. – W hurtowni też nie mają. Ale książka  jest, na pewno będą mieli. Jeszcze zobaczę, czy w Łodzi mają. Nie. Dostępna, ale w hurtowni chwilowo brak.

 

- Panie Darku, wróciłam, bo chcę zapytać – do księgarni wchodzi kobieta, która widocznie była tu przede mną. – Mówił pan, że jest siedem tomów?

 

- Nie. Dopiero będą . Są w tłumaczeniu i będą wydane. Jest ten jeden, który pani kupiła.

 

- Przepraszam – wtrącam się do rozmowy - czy chodzi może o siedem tomów Prousta?

 

- Nie, nie, nie  – pan Darek wyprowadza mnie pośpiesznie z błędu, jakby nieco zażenowany. Rzuca mi zarazem spojrzenie z odcieniem lekkiego politowania.

 

Kobieta średniego wieku i wzrostu, w berecie i pikowanej kurtce koloru pospolicie śliwkowego też się przekręca nieznacznie wokół własnej osi, żeby na mnie popatrzeć. c

 

- To są takie rzeczy do czytania, takie tam – objaśni trochę tonem pouczenia, trochę usprawiedliwienia.

 

- Cała taka seria – dodaje pan Darek.

 

- To do czytania, takie rzeczy kobiece – mówi ona i znów robi mały skręt wokół własnej osi, jednak już w przeciwną stronę.

 

- A podobno teraz kobiety i mężczyźni są równi sobie – ciągnę, chociaż czuję, że niezupełnie trzymam się tematu.

 

- No tak, tak, równi, ale mamy takie swoje – kobieta nie wie, co dalej powiedzieć.

 

- A z badań wynika, jak się dowiedziałem – pan Darek przychodzi na pomoc rozmówcom w kłopotliwej sytuacji – z badań wynika, że kobiety czytają więcej niż mężczyźni. To są lepsze czytelniczki od mężczyzn. Chociaż w ogóle czytelnictwo – pan Darek zatrzymuje pobłażliwy wzrok na mnie – ach, szkoda mówić. Czytelnictwo na samym dołku mamy w Polsce. Bo to wcale nie jest światowy trend. W Polsce czyta szesnaście procent ludzi, w Szwecji osiemdziesiąt.

 

- To jak pan przewiduje , panie Darku – pytam po wyjściu klientki zainteresowanej siedmioma tomami rzeczy do czytania. – „Justyna” jeszcze się tu pojawi czy już nie?

 

Pan Darek nie wie, bo skąd  miałby wiedzieć, dlaczego tak pytam. Zapewne przypuszcza, że  zależy mi, jak każdemu  autorowi, tylko na tym, żeby książka była w księgarni, zwłaszcza na wystawie. A ja mam poważniejszy problem. To może być koniec przygód upodmiotowionej „Justyny”. Trzecia, jak one wszystkie, znika i zostawia mnie na lodzie w blogu. Co robić z ledwo napoczętym wątkiem Trzeciej, z tym kodem tożsamościowym decydującym o ciągłości życia całej Trylogii Internetowej? Nie ma Trzeciej. To już nie jest fiasko romansu, to jest unicestwienie literatury, a więc sensu mojego istnienia. To jest śmierć, katastrofa, wyzerowanie wszystkiego, co było. Pod znakiem śmierci i zagadki zaczął się Blog Trzeci, tak też prawdopodobnie będzie się musiał skończyć: nie wiadomo czym, nagłą śmiercią i zagadką.

 

- Nie, nie – odpowiada pan Darek. – Na pewno „Justyna” jeszcze się pojawi. Przywiozę, jak tylko będzie w hurtowni. A ja co dzień tam jeżdżę. Nawet niedawno jedna pani zamówiła tu „Justynę”. Przywiozłem z hurtowni  i sprzedałem jej książkę, a ona przeczytała. I, wie pan, była zachwycona. Taki piękny język, powiedziała.  

MIŁOŚĆ

jacekbochenski

 

 

 

 

 

Na Krakowskim Przedmieściu w Lublinie mijaliśmy właśnie boczną Przechodnią z prawej strony, gdy facet kręcący się po ulicy bez jasnego celu zaczepił moją córkę Magdę.  Nie zorientował się prawdopodobnie, że coś nas łączy, bo Magda swoim zwyczajem nie szła obok, lecz kilka metrów przede mną. Paliła papierosa.    

 

- Czy można zapytać? – rozpoczął elegancko nieznajomy. Było ich dwóch. Zaczepiającemu towarzyszył jakiś drugi podobny.

 

- Zależy o co  - odpowiedziała Magda.

 

W tym momencie podszedłem i stanąłem przy niej.  Tego się nie spodziewali. Popatrzyli na mnie  z lekkim zdziwieniem.

 

- Zapytać na przykład o to – zdecydował po krótkim wahaniu ten pierwszy - czy dałaby mi pani papierosa.

 

Wyjęła skądś i dała.

 

- A dwa?

 

- Mam tylko jednego – skłamała, bo miała więcej. – Musicie podzielić się jednym. 

 

Nagle zrezygnowali.  Cofnęli się obaj o krok dając nam wolne przejście.

 

- Bardzo dziękujemy państwu – powiedział ten obdarowany papierosem.

 

- Życzymy dobrej nocy – wtrącił drugi.

 

- Dobrej nocy i wiele miłości – dodał pierwszy.

 

ZIMA

jacekbochenski

 

 

- Najgorsza jest zima – powiedział pan Kazimierz, gdy po sprzedaniu mi spodni z dopasowaną przez krawca długością nogawek wyszedł przed sklep, by klienta odprowadzić i pożegnać.

 

- Zima? Dlaczego? Ta jest raczej lekka – zauważyłem .

 

- Ale wcześniej robi się ciemno w zimie. Stąd jest złość. Wracają do domów i nic tylko do telewizji. A w niej ta wściekła polityka. Siedzą przy telewizorach i nasiąkają telewizją, jak gąbki, chłoną tę złość, to ujadanie. Potem w dzień tak chodzą, zawzięci jedni na drugich. Z tym żyjemy.

 

Pan Kazimierz był swego czasu w Stanach Zjednoczonych i zapamiętał, że tam jest inaczej. Tam każdy do każdego mówił „hallo” i wszyscy się uśmiechali. Takie spostrzeżenie stamtąd wywiózł. W Polsce lepiej drugiego człowieka nie pozdrawiać, bo pomyśli, że się od niego czegoś chce.  

 

- A proszę pana – zapytał pan Kazimierz – czy ludzie nie powinni się kochać?

 

- Oczywiście - powiedziałem. – Powinni.

KAMIEŃ

jacekbochenski

 

 

Wyrzucona z Wikipedii, przyjęta do Promu Kultury, była tam, zobaczyłem od razu, gdy wszedłem.  Leżała na niskim stoliku o długim blacie, pod opieką młodego mężczyzny. Nie leżał pojedynczy egzemplarz.  Leżało wiele „Justyn”.

 

Prom Kultury Saska Kępa to działający w tym rejonie Warszawy nowoczesny dom kultury. Niedawno zbudowany, przejrzysty dzięki szklanej fasadzie parteru, bieli i światłu, jest miejscem magnetycznym w starej dzielnicy z przedwojennymi willami i tradycjami. Ściąga  publiczność na koncerty muzyki jazzowej i klasycznej, minimalnej i barokowej, do kina i do teatru jednego aktora, na wystawy malarstwa lub fotografii oraz do klubu  literackiego. To był chyba klub literacki, ta sala. Z prawej strony u wejścia rozłożyła się na stoliku „Justyna”, a na krześle siedział młody mężczyzna z wydawnictwa Agora. Tak powiedział.

 

Nie zdążyłem wypytać, czy na pewno jesteśmy w klubie literackim, bo przyniesiono mi kawę, usiadłem więc nieopodal, żeby wypić.   Podszedł Jacek Cygan z żoną i „Justyną” do podpisania, ale i z dwiema „książkami do napisania” w prezencie dla mnie. Te „książki do napisania”  wydaje w Krakowie Austeria. Do pewnego stopnia są  już  napisane przez świetnych autorów, których teksty na określone tematy zebrano jakby w formie  małych antologii. Ale zostawiono liczne niezadrukowane stronice, całe ciągi pustych stronic jeszcze „do napisania”. Tylko brać długopis i zapełniać wolne miejsca swoim tekstem.

 

Dobrze, długopis, bo niby co innego? Lecz jeśli ja, podobnie jak młodzi ludzie, przynajmniej większość, piszę już tylko  palcem na klawiaturze? Są może jakieś nowe technologie pozwalające przenieść tekst elektroniczny z komputera wprost na papier „książki do napisania”. Nie wiem. A czy mógłbym przenieść na przykład Blog Drugi w jego stanie przedpapierowym , gdy nie był jeszcze „Justyną”,  na puste stronice „książki do napisania” wydanej przez Austerię?  Czy tak przeniesiony z Internetu Blog Drugi stałby się „Justyną”? Czy raczej nie nadawałby się do książki, jak „Justyna” do Wikipedii?

 

O tym, że „Justynę” stamtąd wyrzucono, była mowa w Promie Kultury, choć mało kto spośród wyborowej publiczności, która przyszła na rozmowę z autorem w klubie literackim, rozumiał, co się właściwie stało w tej Wikipedii. Ale Iwona Smolka miała wypis o tym z Blogu Trzeciego na dwustronnie zadrukowanej kartce papieru i przeczytała obecnym rozdziałek pod tytułem „Usunąć Justynę”. Tak  więc Blog Trzeci pojawił się na sali, nie tylko „Justyna”. Wstała potem  Anna Lisiecka z radiowej Dwójki i zapytała o Stowarzyszenie Żywych Poetów. Oni też są  w Blogu Trzecim. Na chwilę zapomniano o „Justynie”. Przesłonił ją aktualny Blog Trzeci. Sam nawiązałem do świeżego zapisu w nim.

 

Powiedziałem kilka zdań o perspektywach życia nazajutrz po osiągnięciu celu nienawiści, a to w związku z mordem na prezydencie Pawle Adamowiczu i przyszłością Polski.  Makabra zbrodni, o której wszyscy mówią, i ta druga kwestia, systematyczne zmierzanie do pobicia się z przeciwnikami  na noże i  w końcu do zabicia iluż to, wszystkich?- ta myśl wypierana z wszystkich głów, a wszystkim ciążąca,  zawisła kamieniem w powietrzu i odtąd wisiała już nad salą. Ale o tym nikt nie mówił, bo o tym się nie mówi, to się wypiera z głów.

 

Nie rozwiązałem w ten wieczór zagadnienia, czy przedpapierowy Blog Drugi, wpisany do sformatowanej przez Austerię książki z pustymi stronicami, stałby się „Justyną”. Przecież by się nie zmieścił!  Ale odkładam tę sprawę na kiedy indziej. Wrócę do niej .

 

Czułem kamień wiszący nad salą w Promie Kultury. Odezwał się jeszcze aktor Józef Duriasz. Powiedział, że swego czasu na spotkaniu w dawnym Związku Literatów, dzisiejszym Domu Literatury, on i Gustaw Holoubk czytali napisany przeze mnie dialog z książki, która nie nadawała się wtedy do druku.

 

Rozmowa z autorem w Promie Kultury dobiegała końca. „Justyna” z młodym mężczyzną  niepostrzeżenie znikli. Stolik był pusty. Zaczęliśmy się rozchodzić. Aktorka Bożena Stachura powiedziała mi przed wyjściem, że przecież była tu i mogła coś przeczytać. Zawsze może. Podszedł Tadeusz Nyczek, żeby się przywitać i pożegnać.

 

Zostałem z „książkami do napisania”.

 

Iwona Smolka zaprosiła mnie do swojego samochodu i odwiozła do domu.

 

„JUSTYNA” WYRZUCONA

jacekbochenski

 

 

Już jest usunięta z Wikipedii. Nie ma kwalifikacji. Za wielki honor, żeby taka owaka wpełzała tam linkiem do składowiska w piwnicach i może się przepoczwarzała. Nie tu miejsce dla robactwa. A niech sobie idzie swoimi drogami.

 

W Wikipedii został po „Justynie” tylko punkcik. Tytuł w rubryce „Twórczość” jakby muśniętej czymś przez motyla, który był i odleciał. Skończyła się dyskusja nad usunięciem artykułu. Przygoda „Justyny” trwa.

 

 

PAWEŁ ADAMOWICZ

jacekbochenski

 

 

Stało się w Polsce. Rodzimy terrorysta wpadł  na scenę podczas koncertu Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy Jerzego Owsiaka i wymierzył światu sprawiedliwość. Zabił Pawła Adamowicza. Prezydent Gdańska, pchnięty trzykrotnie nożem, nie żyje. Bandyta, podobno schizofrenik i były więzień, zawołał, że odpłaca się za tortury, jakich doznał w więzieniu od Platformy Obywatelskiej. Czekał na oklaski.

 

Mózg schizofrenika i polityka nienawiści, ale i obecny szeroko w kulturze podziw dla zła i absurdu wyprodukowały wspólnym wysiłkiem potworną mieszankę absolutnego absurdu z absolutnym złem. To mógłby wyprodukować diabeł. Bo jest w tym jeszcze element szyderstwa. Rzecz działa się wśród publiczności rozentuzjazmowanej wspaniałością akcji dobroczynnej.

 

Musiałem to zapisać.

SNY

jacekbochenski

 

 

Mógłbym powiedzieć , że śnił mi się ojciec, ale to byłaby nieprawda. Mam go co pewien czas w głowie jako niepełną obecność. Przeważnie leżę w ciemności, on jest obok. Nie widzę go. Wiem, że jest i czegoś ode mnie wymaga, każe na przykład umyć ręce, jak w dzieciństwie przez urojony, zielony telefon. Spodziewa się po mnie czegoś, czego nie robię, bo to przecież nie ma sensu, ale on wymaga. Nie, nic nie mówi. Wiem, że wymaga, jak wiem, że leży na swoim łóżku, tym samym, na którym widziałem go w dzieciństwie leżącego, nigdy na innym. Pewnej nocy umarł na tym łóżku w Zakopanem. Przyjechałem i zobaczyłem jeszcze, jak umarły na nim leżał. Jednak już przez ponad pół wieku leży pod kamieniem na zakopiańskim cmentarzu ze wszystkimi swoimi, nie moimi, snami, dziwami, cierpieniami, gniewami, łaciną, greką i sanskrytem w przekładach, których nikt nie potrzebuje. Nad tym wszystkim zamknęło się wieko trumny. I brama cmentarna na Pęksowym Brzyzku zatrzasnęła się, a ja wyszedłem. On został za bramą, jak zostały wszystkie przeżytki i złudy świata, na przykład piękno, etyka nikomachejska i multi-kulti. On o multi-kulti nic nie wie, ja wiem.

 

Jeszcze coś wiem. Przewrócił się w grobie.  I to wcale nie znaczy, że się oburzył. Znaczy, że się przewrócił. Nie było żadnego komentarza  do tego niby-snu, który właśnie miałem. Nic w ogóle nie zostało powiedziane. Była w głowie ta jego niepełna obecność w ciemności. I nagle on wykonał ruch, który fizycznie poczułem. Niczego tym razem nie wymagał. Bywają sny czysto motoryczne, przestrzenne, bez intencji i sensu. To był taki niby-sen. Ale nie mógłbym powiedzieć, że to mi się śniło. Raczej przyszło do głowy nocą. Byłem przytomny.

 

 

       

USUNĄĆ  „JUSTYNĘ”

jacekbochenski

 

 

Widzę. „Justyna”, która chodzi własnymi drogami, trafiła do Wikipedii. Tam jest. Jakby chciała być u mnie czy ze mną, nie wiem. Jakby nie była książką i nie chodziła, oczywiście, żadnymi drogami, raczej fruwała. Przyfrunęła z przestrzeni cicho jak motyl, nieśmiało jak „Justyna”, i  ze skrzydełkami złożonymi pionowo w jeden płatek przysiadła  na moim osobistym haśle w Wikipedii, prawdopodobnie drżąc lekko. Nawet jej nie zauważyłem. Taka to istotka dyskretna, niepewna siebie, świadoma krótkotrwałości motylego i książkowego życia, ale skrupulatna. Przyleciała, żeby się zarejestrować i zostawić notatkę rozpoznawczą o sobie.  Nie zostawiła.    

 

Jakimś jednym włoskiem, czułkiem, głaszczkiem , skąd mam wiedzieć, co tam one mają, ledwo musnęła bibliograficzny spis książek na powierzchni hasła, dodała do tego rejestru jeden punkcik, zostawiła tylko swój tytuł i czym prędzej odleciała.

 

Chyba dla ostrożności odczekała ze dwa miesiące. Takie dwa miesiące w życiu motyla to bardzo dużo, a takie pierwsze dwa miesiące w życiu książki to dzisiaj też ogromnie dużo. Oboje mogą umrzeć przez ten czas. „Justyna” gdzieś go przeczekała, teraz dopiero wróciła z notatką, inna, trochę zmieniona, jakby raczej była gąsienicą. Nie przysiadła z  wierzchu na haśle, wpełzła linkiem pod spód w głębsze zakamarki Wikipedii, tam przycupnęła, jakby może raz jeszcze zamierzała się w coś przepoczwarzyć, kto wie? Pozostała jednak zwykłą notatką wśród innych notatek, obyczajnie, skromnie, zapewne z wrodzonej obawy, żeby przypadkiem komuś nie rzucać się przykro w oczy.

 

Ale są w Wikipedii redaktorzy-zawodowcy. Ci wikipedyści wszystko widzą. Jeden zmierzył „Justynę” wzrokiem i ocenił: za młoda! On i drugi wikipedysta orzekli: wiek jeszcze nie encyklopedyczny, książka wydana dopiero co, nieznana, bez odzewu w  mediach, wartość nie wiadomo jaka,  brak argumentu, dlaczego encyklopedia miałaby informować o czymś takim. Nad wejściem do schowka, gdzie przycupnęła „Justyna”, umieścili wywieszkę: „Trwa dyskusja nad usunięciem tego artykułu. Kliknij i weź w niej udział”.

 

Kliknąłem, żeby zobaczyć, kto dyskutuje. Pierwszy redaktor-wnioskodawca, który chce usunąć „Justynę”, podpisany jest imieniem i nazwiskiem, brawo. Drugi wikipedysta-dyskutant , który tamtego popiera, występuje pod pseudonimem i uważa moją upodmiotowioną „Justynę” za „wieszak reklamowolinkowy”. Przyznaję, że nie rozumiem, co to jest, ale być może decydujące  przygwożdżenie ukrytej w zakamarku „Justyny”. Co prawda, broni jej w dyskusji inna osoba. Ale to mniejszość. Jedna tylko broni, dwie atakują.  Ta mniejszość twierdzi, że zamieszczała w Wikipedii informacje o książkach świeżo wydanych i żadnej nigdy nie kwestionowano. Dlaczego spotyka to „Justynę”?

 

No bo przecież, myślę sobie, no bo przecież jest podejrzana. Komu służy ten chowający się w zakamarku reklamowolinkowy wieszak? I w ogóle co to za jedna? Jakieś takie ni to ni owo, ni książka ni gąsienica, ni taki gatunek ni siaki. Trzecia! A kim właściwie ta Trzecia jest dla autora? Trochę córką, trochę kochanką, cóż bardziej skandalicznego, a jeszcze feministką,  wskazują poszlaki, o poglądach szkoda mówić, groza, usunąć!

POECI

jacekbochenski

 

 

Film amerykański „Stowarzyszenie Umarłych Poetów” powstał, jak sprawdziłem, w roku 1989, choć zdawało mi się, że wcześniej. Obecna działalność wydawnicza i literacko-imprezowa czynnego w Brzegu (województwo opolskie) Stowarzyszenia Żywych Poetów rozwijała się etapami od kilkunastu lat. Kiedy dokładnie powstało  to drugie stowarzyszenie poetyckie, powinienem był też sprawdzić, ale przez opieszałość nie sprawdziłem na czas i teraz nie powiem. Aktywność brzeskiego Klubu Integracji Twórczej, bo również takiej nazwy używa Stowarzyszenie Żywych Poetów, przekroczyła dawno obszar Brzegu i Opolszczyzny. W praktyce obejmuje dziś całą Polskę.

 

Członkami Stowarzyszenia są poeci, jednak niekoniecznie poeci. Na przykład czołowy bodaj animator i organizator  przedsięwzięć stowarzyszeniowo-klubowych, którego miałem okazję, zaproszony do Brzegu, poznać osobiście, jest prozaikiem. Nazywa się Adam Boberski.

 

Tym, co istotnie charakteryzuje autorów skupionych w Stowarzyszeniu, nie wydaje się uprawiany przez nich rodzaj twórczości, lecz fakt, że są bardzo mało znani. Ale jak mogą stać się znani w panującym systemie medialno-rynkowym? 

 

Media musiałyby poinformować publiczność, że ci autorzy coś napisali, wydali i że w ogóle istnieją. Otóż media tego nie zrobią, chyba żeby im zapłacono.

 

Z marketingowego punktu widzenia literatura  jest towarem, a reklamą jest wszelka informacja o jakichkolwiek nowych utworach literackich na rynku (tak, na rynku, gdyż liczy się handel, nie sztuka). Reklama handlu wymaga opłacenia. Informację o wydaniu książki ma sobie jej wydawca kupić. I jeśli to się jemu z kolei według  jego przewidywań marketingowych opłaci, kupuje. Nie będzie jednak ryzykował wydatków na informowanie o czymś mało dotąd znanym. Nie zawaha się natomiast zainwestować swoich pieniędzy w lansowanie czegoś już wylansowanego tak czy owak. To podchwyci i na lansowaniu jednej takiej rzeczy w nieskończoność, jeśli tę jedną uzna za swój bestseller, gotów będzie skoncentrować wszystkie siły i środki, jakie ma do dyspozycji. Czytelnicy nie wiedzą, że system informowania ich tak jest ustawiony, a rynek i media tak działają. Każde rozpowszechnienie informacji o nowościach książkowych, każda wzmianka, recenzja, krytyczne omówienie, każda, oczywiście, formalna reklama, jest przez wydawców lub innych fundatorów kupowana.

 

Gdy wydawcami stają się sami autorzy, w dodatku poeci, a jeszcze debiutanci, za informację o sobie nic nie zapłacą, bo nie mają na to pieniędzy. Informowania więc nie będzie. Mało znani autorzy ze swoimi mało znanymi poezjami czy prozami nigdy nie przestaną być mało znani. Już to, że zdołali jakieś utwory swoje wydać, co też kosztowało, graniczy z cudem.

 

Ludzie pytają mnie czasem, czy nie pora tworzyć drugi obieg. Może jakiś „Zapis”? Pytają pół żartem, a na myśli mają zawsze powód polityczny: osaczanie kultury przez zaciskającą się coraz bardziej obręcz propagandy rządowej. To jest ważny w Polsce czynnik lub współczynnik pozarynkowy, hamujący samoistne procesy i  kierunki rozwojowe życia kulturalnego. Jednak na historię Stowarzyszenia Żywych Poetów nie wywarł on wpływu choćby z przyczyn chronologicznych. Nie biorę go więc pod uwagę w tym opisie i zostawiam chwilowo na boku.

 

Właśnie jednak działalność Stowarzyszenia Żywych Poetów jest  pewną, być może zaczątkową, samorodną i naturalną wersją drugiego obiegu w zmienionych, kapitalistycznych  warunkach, innych niż te, w jakich działał „Zapis”.

 

Dlaczego mało znani autorzy ze współczesnej polskiej „prowincji” nazwali się Stowarzyszeniem Żywych Poetów? Niewątpliwie chcieli dać znać, że są i żyją.  Czy do filmu „Stowarzyszenie Umarłych Poetów” nawiązywali tylko dla gry słów: umarli, żywi? Film, jeśli pamiętam, był buntem przeciw nieznośnemu systemowi edukacji w konserwatywnej Ameryce. Czy poeci w Brzegu chcieli jedynie zażartować i tyle, czy buntowali się przeciw nieznośnemu systemowi: wykluczeniu z informacji i podporządkowaniu  kultury monopolowi  rynku? Prawdopodobnie sami dobrze nie wiedzieli, do czego dążą. Ale co zrobili, to zrobili. 

 

Zaczęli od wydawania czasopisma (teraz już nieistniejącego), następnie tomików poetyckich, nie łudźmy się, z pomocą samorządów. Decentralizacja władzy i rozproszenie źródeł finansowania sprzyja wszelkim drugim obiegom i tak zwanym niszom. Powielaczy w epoce przekazu cyfrowego nie potrzebowali. Mieli Internet. Mogli wszystko, również informację o sobie rozpowszechniać w sieci. Wydawałoby się, że współczesne drugie obiegi będą już tylko tak działać i że ich przecież nie brak: różnych  alternatywnych, offowych czy innych awangardowych undergroundów. Ale Żywi Poeci chcieli koniecznie wejść na papier i żyć na nim jak poprzednicy w przeszłości. Nie chcieli też być awangardowi dzięki skandalom, lecz zachować ciągłość kultury, a to jest rzecz naprawdę dziś poważna i na oryginalnym stosunku do tej sprawy  polega innowacyjność Stowarzyszenia Żywych Poetów. Coś tu świta. Jakiś ratunek dla przyszłości, która nie musi być śmiercią świata. Coś ocaleje.

 

Żywi Poeci sporadycznie, jak to artyści, nie potrafili oprzeć się pokusie popisu przez wygłup. Ale jaka awangarda kiedy była całkowicie wolna od efekciarstwa, a nie chciała się w ten sposób reklamować, skoro nie mogła inaczej?

 

Żywi Poeci ulokowali swe ambicje nie tylko w edycji papierowej  własnych wierszy czy opowiadań. Uznali się także za Klub Integracji Twórczej i w tym duchu spróbowali przerzucać mosty między światem, ogólnie mówiąc, wykluczonych a światem elit. Komentatorzy obecnego głębokiego  kryzysu polityczno-społecznego, socjologowie, psychologowie i publicyści usiłujący wniknąć w godnościowe przyczyny rozgoryczenia klasy średniej i jej rozczarowania elitami, a toczy się coraz szersza dyskusja na ten temat, powinni poświęcić chwilę uwagi Stowarzyszeniu Żywych Poetów z Brzegu. Integracja wykluczonych z elitami przybrała tu szczególną postać.  Na spotkania autorskie z „prowincją” przyjechało już, nie wiem dokładnie ilu, bo znów nie zdążyłem sprawdzić, ale uderzająco wielu pisarzy takich jak Stefan Chwin, Ewa Lipska, Adam Zagajewski, Olga Tokarczuk, by wymienić kilka nazwisk.

 

Żywi Poeci sprawili , że opozycja „wykluczeni -  górna półka” zmieniła swój sens i aspiracje stron.  Wykluczeni zapracowali  sami u siebie na godność przypisaną górnej półce, a ta półka, jak widać, chętnie  zaczęła u nich bywać i współpracować, bo „prowincja” okazała się dla niej atrakcyjna.

 

Co z tego wynika? Mylę, że dużo, a na pewno coś niespodziewanego. Żywi Poeci objawili w dziedzinie integracji zdumiewającą pomysłowość, chłonność i otwartość.  

 

Nie rozstaniemy się już z nimi w Blogu Trzecim.

TĘSKNOŚĆ

jacekbochenski

 

 

Moja papierowa sąsiadka „Justyna” z księgarni pana Radka znajduje sobie więcej miejsc, w których bywa. Nie wiem, co gdzie robi. Chodzi własnymi drogami. Nie mam na nią wpływu, raczej ona ma wpływ na mnie, bo do pewnego stopnia ja teraz od niej zależę. Wprowadziłem ją jako Trzecią do trylogii. Nie prosiła się o to, przyznaję, sam chciałem, sam w spontanicznym  odruchu wpadłem na ten pomysł, żeby jednak w Blogu Trzecim była, skoro w ogóle jest i skoro to „Justyna”. 

 

Odruch sentymentalny, uważa doświadczona w krytyce literackiej Iwona Smolka. Osiemnastowieczny sentymentalizm. Czy nie z tego źródła pochodzi cała „Justyna”? To powtarzanie, nawracanie do Justyn sięga czasów Franciszka Karpińskiego, śpiewaka Justyny. Tak powiedziała Iwona Smolka śmiejąc się z cicha.

 

- „Do Justyny. Tęskność   na wiosnę”, wiersz napisany w 1770 roku – dodała i znów się zaśmiała.

 

No dobrze, tęskność. Co do sentymentalizmu, jest może to i owo na rzeczy. Po wszystkim, co świat współczesny zgotował uczuciom, czyli po wyparciu ich, wydrwieniu, zastąpieniu kultem zimna i cynizmu, jakiś nowy sentymentalizm zacznie się prawdopodobnie ku zaskoczeniu świata w naturalny sposób odradzać i nawiąże do korzeni. Powtarzalność Justyn w Polsce, moje mnożenie ich, wprowadzenie Trzeciej do blogu, krótko mówiąc, tęskność – wszystko to  może być lokalnym objawem  tendencji światowej na przykład do resetu (taka nazwa zostanie zapewne użyta) w stronę uczuć. Tęskność jeszcze raz. Ale na wiosnę? Co to, to nie. Jest grudzień.

 

Mimo ocieplenia klimatu mróz dał o sobie znać jeszcze w listopadzie. Tej  nocy albo poprzedzającej tę, gdy Iwona powiedziała o tęskności, było kilka stopni poniżej zera. Powiedziała o tęskności w Klubie Księgarza z okazji spotkania autorskiego, które prowadziła. Właściwie odbyło się tam spotkanie „Justyny” ze mną, pierwsze  poza księgarnią pana Radka w Centrum Handlowym „Land”. Tym razem „Justyna”, istotnie rozmnożona w licznych egzemplarzach, przyszła do mnie. Ściślej, przyjechała do Klubu w dwóch kartonach, które gdzieś tam potem stały puste, nie wiem, nie widziałem, powiedział mi ktoś, kto widział. W Klubie „Justyna” też nie tak całkiem do mnie przyszła. Ludzie ją przynosili, egzemplarz po egzemplarzu, i prosili, jak to na spotkaniach autorskich, żeby się wpisać.  A potem zaraz „Justyny” nie było.     

 

Otóż tak właśnie się dzieje od chwili, gdy pod wpływem tęskności (na jesień jednak, nie na wiosnę) wpisałem samą „Justynę”  do rozpędzającego się Blogu Trzeciego jako bohaterkę opowieści, to znaczy upodmiotowiłem ją wreszcie po wiekach uprzedmiotowiania Justyn przez mężczyznę. Teraz pozostaje mi tylko czekać, co ona zrobi. A może nie zrobić nic. Mam już pewne doświadczenie  w tych sprawach jako bloger. Może pojawić się, lecz nagle zniknąć, znów pojawić się i zniknąć. Chodzi własnymi drogami. Jest podmiotem. Rozwinięcie jej wątku w moim opowiadaniu nie zależy ode mnie. Oczywiście, ja je piszę, nie „Justyna”, zresztą już napisana. Żebym jednak ja mógł teraz pisać o „Justynie”, ona-podmiot musi być czynna, co najmniej widoczna. A mam ją na oku tylko  w witrynie księgarni pana Radka, gdy tamtędy przechodzę. Jeśli wątek „Justyny” w Blogu Trzecim ma funkcjonować, ona-bohaterka musi tworzyć akcję, wiadomo, literatura faktu, mogę fakt opisać, nie mogę zmyślać. Ale  ponadto, żeby opisać, jakimi drogami chodzi „Justyna”, muszę się tego dowiedzieć. A tu piętrzą się największe trudności, ponieważ „Justyna” jest książką.

 

 

© Blog III
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci