Menu

Blog III

Zagadka

„JUSTYNA” WYRZUCONA

jacekbochenski

 

 

Już jest usunięta z Wikipedii. Nie ma kwalifikacji. Za wielki honor, żeby taka owaka wpełzała tam linkiem do składowiska w piwnicach i może się przepoczwarzała. Nie tu miejsce dla robactwa. A niech sobie idzie swoimi drogami.

 

W Wikipedii został po „Justynie” tylko punkcik. Tytuł w rubryce „Twórczość” jakby muśniętej czymś przez motyla, który był i odleciał. Skończyła się dyskusja nad usunięciem artykułu. Przygoda „Justyny” trwa.

 

 

PAWEŁ ADAMOWICZ

jacekbochenski

 

 

Stało się w Polsce. Rodzimy terrorysta wpadł  na scenę podczas koncertu Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy Jerzego Owsiaka i wymierzył światu sprawiedliwość. Zabił Pawła Adamowicza. Prezydent Gdańska, pchnięty trzykrotnie nożem, nie żyje. Bandyta, podobno schizofrenik i były więzień, zawołał, że odpłaca się za tortury, jakich doznał w więzieniu od Platformy Obywatelskiej. Czekał na oklaski.

 

Mózg schizofrenika i polityka nienawiści, ale i obecny szeroko w kulturze podziw dla zła i absurdu wyprodukowały wspólnym wysiłkiem potworną mieszankę absolutnego absurdu z absolutnym złem. To mógłby wyprodukować diabeł. Bo jest w tym jeszcze element szyderstwa. Rzecz działa się wśród publiczności rozentuzjazmowanej wspaniałością akcji dobroczynnej.

 

Musiałem to zapisać.

SNY

jacekbochenski

 

 

Mógłbym powiedzieć , że śnił mi się ojciec, ale to byłaby nieprawda. Mam go co pewien czas w głowie jako niepełną obecność. Przeważnie leżę w ciemności, on jest obok. Nie widzę go. Wiem, że jest i czegoś ode mnie wymaga, każe na przykład umyć ręce, jak w dzieciństwie przez urojony, zielony telefon. Spodziewa się po mnie czegoś, czego nie robię, bo to przecież nie ma sensu, ale on wymaga. Nie, nic nie mówi. Wiem, że wymaga, jak wiem, że leży na swoim łóżku, tym samym, na którym widziałem go w dzieciństwie leżącego, nigdy na innym. Pewnej nocy umarł na tym łóżku w Zakopanem. Przyjechałem i zobaczyłem jeszcze, jak umarły na nim leżał. Jednak już przez ponad pół wieku leży pod kamieniem na zakopiańskim cmentarzu ze wszystkimi swoimi, nie moimi, snami, dziwami, cierpieniami, gniewami, łaciną, greką i sanskrytem w przekładach, których nikt nie potrzebuje. Nad tym wszystkim zamknęło się wieko trumny. I brama cmentarna na Pęksowym Brzyzku zatrzasnęła się, a ja wyszedłem. On został za bramą, jak zostały wszystkie przeżytki i złudy świata, na przykład piękno, etyka nikomachejska i multi-kulti. On o multi-kulti nic nie wie, ja wiem.

 

Jeszcze coś wiem. Przewrócił się w grobie.  I to wcale nie znaczy, że się oburzył. Znaczy, że się przewrócił. Nie było żadnego komentarza  do tego niby-snu, który właśnie miałem. Nic w ogóle nie zostało powiedziane. Była w głowie ta jego niepełna obecność w ciemności. I nagle on wykonał ruch, który fizycznie poczułem. Niczego tym razem nie wymagał. Bywają sny czysto motoryczne, przestrzenne, bez intencji i sensu. To był taki niby-sen. Ale nie mógłbym powiedzieć, że to mi się śniło. Raczej przyszło do głowy nocą. Byłem przytomny.

 

 

       

USUNĄĆ  „JUSTYNĘ”

jacekbochenski

 

 

Widzę. „Justyna”, która chodzi własnymi drogami, trafiła do Wikipedii. Tam jest. Jakby chciała być u mnie czy ze mną, nie wiem. Jakby nie była książką i nie chodziła, oczywiście, żadnymi drogami, raczej fruwała. Przyfrunęła z przestrzeni cicho jak motyl, nieśmiało jak „Justyna”, i  ze skrzydełkami złożonymi pionowo w jeden płatek przysiadła  na moim osobistym haśle w Wikipedii, prawdopodobnie drżąc lekko. Nawet jej nie zauważyłem. Taka to istotka dyskretna, niepewna siebie, świadoma krótkotrwałości motylego i książkowego życia, ale skrupulatna. Przyleciała, żeby się zarejestrować i zostawić notatkę rozpoznawczą o sobie.  Nie zostawiła.    

 

Jakimś jednym włoskiem, czułkiem, głaszczkiem , skąd mam wiedzieć, co tam one mają, ledwo musnęła bibliograficzny spis książek na powierzchni hasła, dodała do tego rejestru jeden punkcik, zostawiła tylko swój tytuł i czym prędzej odleciała.

 

Chyba dla ostrożności odczekała ze dwa miesiące. Takie dwa miesiące w życiu motyla to bardzo dużo, a takie pierwsze dwa miesiące w życiu książki to dzisiaj też ogromnie dużo. Oboje mogą umrzeć przez ten czas. „Justyna” gdzieś go przeczekała, teraz dopiero wróciła z notatką, inna, trochę zmieniona, jakby raczej była gąsienicą. Nie przysiadła z  wierzchu na haśle, wpełzła linkiem pod spód w głębsze zakamarki Wikipedii, tam przycupnęła, jakby może raz jeszcze zamierzała się w coś przepoczwarzyć, kto wie? Pozostała jednak zwykłą notatką wśród innych notatek, obyczajnie, skromnie, zapewne z wrodzonej obawy, żeby przypadkiem komuś nie rzucać się przykro w oczy.

 

Ale są w Wikipedii redaktorzy-zawodowcy. Ci wikipedyści wszystko widzą. Jeden zmierzył „Justynę” wzrokiem i ocenił: za młoda! On i drugi wikipedysta orzekli: wiek jeszcze nie encyklopedyczny, książka wydana dopiero co, nieznana, bez odzewu w  mediach, wartość nie wiadomo jaka,  brak argumentu, dlaczego encyklopedia miałaby informować o czymś takim. Nad wejściem do schowka, gdzie przycupnęła „Justyna”, umieścili wywieszkę: „Trwa dyskusja nad usunięciem tego artykułu. Kliknij i weź w niej udział”.

 

Kliknąłem, żeby zobaczyć, kto dyskutuje. Pierwszy redaktor-wnioskodawca, który chce usunąć „Justynę”, podpisany jest imieniem i nazwiskiem, brawo. Drugi wikipedysta-dyskutant , który tamtego popiera, występuje pod pseudonimem i uważa moją upodmiotowioną „Justynę” za „wieszak reklamowolinkowy”. Przyznaję, że nie rozumiem, co to jest, ale być może decydujące  przygwożdżenie ukrytej w zakamarku „Justyny”. Co prawda, broni jej w dyskusji inna osoba. Ale to mniejszość. Jedna tylko broni, dwie atakują.  Ta mniejszość twierdzi, że zamieszczała w Wikipedii informacje o książkach świeżo wydanych i żadnej nigdy nie kwestionowano. Dlaczego spotyka to „Justynę”?

 

No bo przecież, myślę sobie, no bo przecież jest podejrzana. Komu służy ten chowający się w zakamarku reklamowolinkowy wieszak? I w ogóle co to za jedna? Jakieś takie ni to ni owo, ni książka ni gąsienica, ni taki gatunek ni siaki. Trzecia! A kim właściwie ta Trzecia jest dla autora? Trochę córką, trochę kochanką, cóż bardziej skandalicznego, a jeszcze feministką,  wskazują poszlaki, o poglądach szkoda mówić, groza, usunąć!

POECI

jacekbochenski

 

 

Film amerykański „Stowarzyszenie Umarłych Poetów” powstał, jak sprawdziłem, w roku 1989, choć zdawało mi się, że wcześniej. Obecna działalność wydawnicza i literacko-imprezowa czynnego w Brzegu (województwo opolskie) Stowarzyszenia Żywych Poetów rozwijała się etapami od kilkunastu lat. Kiedy dokładnie powstało  to drugie stowarzyszenie poetyckie, powinienem był też sprawdzić, ale przez opieszałość nie sprawdziłem na czas i teraz nie powiem. Aktywność brzeskiego Klubu Integracji Twórczej, bo również takiej nazwy używa Stowarzyszenie Żywych Poetów, przekroczyła dawno obszar Brzegu i Opolszczyzny. W praktyce obejmuje dziś całą Polskę.

 

Członkami Stowarzyszenia są poeci, jednak niekoniecznie poeci. Na przykład czołowy bodaj animator i organizator  przedsięwzięć stowarzyszeniowo-klubowych, którego miałem okazję, zaproszony do Brzegu, poznać osobiście, jest prozaikiem. Nazywa się Adam Boberski.

 

Tym, co istotnie charakteryzuje autorów skupionych w Stowarzyszeniu, nie wydaje się uprawiany przez nich rodzaj twórczości, lecz fakt, że są bardzo mało znani. Ale jak mogą stać się znani w panującym systemie medialno-rynkowym? 

 

Media musiałyby poinformować publiczność, że ci autorzy coś napisali, wydali i że w ogóle istnieją. Otóż media tego nie zrobią, chyba żeby im zapłacono.

 

Z marketingowego punktu widzenia literatura  jest towarem, a reklamą jest wszelka informacja o jakichkolwiek nowych utworach literackich na rynku (tak, na rynku, gdyż liczy się handel, nie sztuka). Reklama handlu wymaga opłacenia. Informację o wydaniu książki ma sobie jej wydawca kupić. I jeśli to się jemu z kolei według  jego przewidywań marketingowych opłaci, kupuje. Nie będzie jednak ryzykował wydatków na informowanie o czymś mało dotąd znanym. Nie zawaha się natomiast zainwestować swoich pieniędzy w lansowanie czegoś już wylansowanego tak czy owak. To podchwyci i na lansowaniu jednej takiej rzeczy w nieskończoność, jeśli tę jedną uzna za swój bestseller, gotów będzie skoncentrować wszystkie siły i środki, jakie ma do dyspozycji. Czytelnicy nie wiedzą, że system informowania ich tak jest ustawiony, a rynek i media tak działają. Każde rozpowszechnienie informacji o nowościach książkowych, każda wzmianka, recenzja, krytyczne omówienie, każda, oczywiście, formalna reklama, jest przez wydawców lub innych fundatorów kupowana.

 

Gdy wydawcami stają się sami autorzy, w dodatku poeci, a jeszcze debiutanci, za informację o sobie nic nie zapłacą, bo nie mają na to pieniędzy. Informowania więc nie będzie. Mało znani autorzy ze swoimi mało znanymi poezjami czy prozami nigdy nie przestaną być mało znani. Już to, że zdołali jakieś utwory swoje wydać, co też kosztowało, graniczy z cudem.

 

Ludzie pytają mnie czasem, czy nie pora tworzyć drugi obieg. Może jakiś „Zapis”? Pytają pół żartem, a na myśli mają zawsze powód polityczny: osaczanie kultury przez zaciskającą się coraz bardziej obręcz propagandy rządowej. To jest ważny w Polsce czynnik lub współczynnik pozarynkowy, hamujący samoistne procesy i  kierunki rozwojowe życia kulturalnego. Jednak na historię Stowarzyszenia Żywych Poetów nie wywarł on wpływu choćby z przyczyn chronologicznych. Nie biorę go więc pod uwagę w tym opisie i zostawiam chwilowo na boku.

 

Właśnie jednak działalność Stowarzyszenia Żywych Poetów jest  pewną, być może zaczątkową, samorodną i naturalną wersją drugiego obiegu w zmienionych, kapitalistycznych  warunkach, innych niż te, w jakich działał „Zapis”.

 

Dlaczego mało znani autorzy ze współczesnej polskiej „prowincji” nazwali się Stowarzyszeniem Żywych Poetów? Niewątpliwie chcieli dać znać, że są i żyją.  Czy do filmu „Stowarzyszenie Umarłych Poetów” nawiązywali tylko dla gry słów: umarli, żywi? Film, jeśli pamiętam, był buntem przeciw nieznośnemu systemowi edukacji w konserwatywnej Ameryce. Czy poeci w Brzegu chcieli jedynie zażartować i tyle, czy buntowali się przeciw nieznośnemu systemowi: wykluczeniu z informacji i podporządkowaniu  kultury monopolowi  rynku? Prawdopodobnie sami dobrze nie wiedzieli, do czego dążą. Ale co zrobili, to zrobili. 

 

Zaczęli od wydawania czasopisma (teraz już nieistniejącego), następnie tomików poetyckich, nie łudźmy się, z pomocą samorządów. Decentralizacja władzy i rozproszenie źródeł finansowania sprzyja wszelkim drugim obiegom i tak zwanym niszom. Powielaczy w epoce przekazu cyfrowego nie potrzebowali. Mieli Internet. Mogli wszystko, również informację o sobie rozpowszechniać w sieci. Wydawałoby się, że współczesne drugie obiegi będą już tylko tak działać i że ich przecież nie brak: różnych  alternatywnych, offowych czy innych awangardowych undergroundów. Ale Żywi Poeci chcieli koniecznie wejść na papier i żyć na nim jak poprzednicy w przeszłości. Nie chcieli też być awangardowi dzięki skandalom, lecz zachować ciągłość kultury, a to jest rzecz naprawdę dziś poważna i na oryginalnym stosunku do tej sprawy  polega innowacyjność Stowarzyszenia Żywych Poetów. Coś tu świta. Jakiś ratunek dla przyszłości, która nie musi być śmiercią świata. Coś ocaleje.

 

Żywi Poeci sporadycznie, jak to artyści, nie potrafili oprzeć się pokusie popisu przez wygłup. Ale jaka awangarda kiedy była całkowicie wolna od efekciarstwa, a nie chciała się w ten sposób reklamować, skoro nie mogła inaczej?

 

Żywi Poeci ulokowali swe ambicje nie tylko w edycji papierowej  własnych wierszy czy opowiadań. Uznali się także za Klub Integracji Twórczej i w tym duchu spróbowali przerzucać mosty między światem, ogólnie mówiąc, wykluczonych a światem elit. Komentatorzy obecnego głębokiego  kryzysu polityczno-społecznego, socjologowie, psychologowie i publicyści usiłujący wniknąć w godnościowe przyczyny rozgoryczenia klasy średniej i jej rozczarowania elitami, a toczy się coraz szersza dyskusja na ten temat, powinni poświęcić chwilę uwagi Stowarzyszeniu Żywych Poetów z Brzegu. Integracja wykluczonych z elitami przybrała tu szczególną postać.  Na spotkania autorskie z „prowincją” przyjechało już, nie wiem dokładnie ilu, bo znów nie zdążyłem sprawdzić, ale uderzająco wielu pisarzy takich jak Stefan Chwin, Ewa Lipska, Adam Zagajewski, Olga Tokarczuk, by wymienić kilka nazwisk.

 

Żywi Poeci sprawili , że opozycja „wykluczeni -  górna półka” zmieniła swój sens i aspiracje stron.  Wykluczeni zapracowali  sami u siebie na godność przypisaną górnej półce, a ta półka, jak widać, chętnie  zaczęła u nich bywać i współpracować, bo „prowincja” okazała się dla niej atrakcyjna.

 

Co z tego wynika? Mylę, że dużo, a na pewno coś niespodziewanego. Żywi Poeci objawili w dziedzinie integracji zdumiewającą pomysłowość, chłonność i otwartość.  

 

Nie rozstaniemy się już z nimi w Blogu Trzecim.

TĘSKNOŚĆ

jacekbochenski

 

 

Moja papierowa sąsiadka „Justyna” z księgarni pana Radka znajduje sobie więcej miejsc, w których bywa. Nie wiem, co gdzie robi. Chodzi własnymi drogami. Nie mam na nią wpływu, raczej ona ma wpływ na mnie, bo do pewnego stopnia ja teraz od niej zależę. Wprowadziłem ją jako Trzecią do trylogii. Nie prosiła się o to, przyznaję, sam chciałem, sam w spontanicznym  odruchu wpadłem na ten pomysł, żeby jednak w Blogu Trzecim była, skoro w ogóle jest i skoro to „Justyna”. 

 

Odruch sentymentalny, uważa doświadczona w krytyce literackiej Iwona Smolka. Osiemnastowieczny sentymentalizm. Czy nie z tego źródła pochodzi cała „Justyna”? To powtarzanie, nawracanie do Justyn sięga czasów Franciszka Karpińskiego, śpiewaka Justyny. Tak powiedziała Iwona Smolka śmiejąc się z cicha.

 

- „Do Justyny. Tęskność   na wiosnę”, wiersz napisany w 1770 roku – dodała i znów się zaśmiała.

 

No dobrze, tęskność. Co do sentymentalizmu, jest może to i owo na rzeczy. Po wszystkim, co świat współczesny zgotował uczuciom, czyli po wyparciu ich, wydrwieniu, zastąpieniu kultem zimna i cynizmu, jakiś nowy sentymentalizm zacznie się prawdopodobnie ku zaskoczeniu świata w naturalny sposób odradzać i nawiąże do korzeni. Powtarzalność Justyn w Polsce, moje mnożenie ich, wprowadzenie Trzeciej do blogu, krótko mówiąc, tęskność – wszystko to  może być lokalnym objawem  tendencji światowej na przykład do resetu (taka nazwa zostanie zapewne użyta) w stronę uczuć. Tęskność jeszcze raz. Ale na wiosnę? Co to, to nie. Jest grudzień.

 

Mimo ocieplenia klimatu mróz dał o sobie znać jeszcze w listopadzie. Tej  nocy albo poprzedzającej tę, gdy Iwona powiedziała o tęskności, było kilka stopni poniżej zera. Powiedziała o tęskności w Klubie Księgarza z okazji spotkania autorskiego, które prowadziła. Właściwie odbyło się tam spotkanie „Justyny” ze mną, pierwsze  poza księgarnią pana Radka w Centrum Handlowym „Land”. Tym razem „Justyna”, istotnie rozmnożona w licznych egzemplarzach, przyszła do mnie. Ściślej, przyjechała do Klubu w dwóch kartonach, które gdzieś tam potem stały puste, nie wiem, nie widziałem, powiedział mi ktoś, kto widział. W Klubie „Justyna” też nie tak całkiem do mnie przyszła. Ludzie ją przynosili, egzemplarz po egzemplarzu, i prosili, jak to na spotkaniach autorskich, żeby się wpisać.  A potem zaraz „Justyny” nie było.     

 

Otóż tak właśnie się dzieje od chwili, gdy pod wpływem tęskności (na jesień jednak, nie na wiosnę) wpisałem samą „Justynę”  do rozpędzającego się Blogu Trzeciego jako bohaterkę opowieści, to znaczy upodmiotowiłem ją wreszcie po wiekach uprzedmiotowiania Justyn przez mężczyznę. Teraz pozostaje mi tylko czekać, co ona zrobi. A może nie zrobić nic. Mam już pewne doświadczenie  w tych sprawach jako bloger. Może pojawić się, lecz nagle zniknąć, znów pojawić się i zniknąć. Chodzi własnymi drogami. Jest podmiotem. Rozwinięcie jej wątku w moim opowiadaniu nie zależy ode mnie. Oczywiście, ja je piszę, nie „Justyna”, zresztą już napisana. Żebym jednak ja mógł teraz pisać o „Justynie”, ona-podmiot musi być czynna, co najmniej widoczna. A mam ją na oku tylko  w witrynie księgarni pana Radka, gdy tamtędy przechodzę. Jeśli wątek „Justyny” w Blogu Trzecim ma funkcjonować, ona-bohaterka musi tworzyć akcję, wiadomo, literatura faktu, mogę fakt opisać, nie mogę zmyślać. Ale  ponadto, żeby opisać, jakimi drogami chodzi „Justyna”, muszę się tego dowiedzieć. A tu piętrzą się największe trudności, ponieważ „Justyna” jest książką.

 

 

HYBRYDY

jacekbochenski

 

 

W relacji z wykładu profesora Pisarka o wojnie pominąłem najważniejszą bodaj rzecz. Chcę nadrobić to przeoczenie, bo pilnie trzeba. Podczas wykładu profesor wykroczył w pewnej chwili poza ścisły zakres językoznawstwa, aby zrobić krótką dygresję i odpowiedzieć na pytanie, które wszyscy sobie zadajemy, na ogół poniewczasie: skąd się biorą wojny? Sam pamiętam, że wybuchały zawsze jakoś tak ni stąd ni zowąd. Bomba z jasnego nieba o czwartej rano. Profesor nie mówi nic nowego. Starożytni Grecy już wiedzieli, skąd się biorą wojny. Wystarczy zajrzeć do  Ezopa. Pewien bożek, prawdopodobnie sfrustrowany, chodzi za pewną boginką, w której się kocha. To jego obsesja. Ale kto o tym wie ? Kto pamięta i kto zwraca kiedy uwagę na tę parę? Moje przeoczenie jest bardzo znamienne.

 

- Jeśli chodzi o wojny hybrydowe – powiedział profesor  - krótka anegdotka mitologiczna.

 

A było tak. Zeus postanowił pożenić wszystkich bogów. Wszystkie boginie powychodziły więc za mąż, małżeństwa zawarli ze sobą także wszyscy podrzędni bożkowie i boginki. Jedna o paskudnym charakterze, której nikt nie chciał, została, jak określił to profesor, na lodzie. Nazywała się Hybris. Była wcieleniem pychy, arogancji,  bezczelności i pogardliwej wyniosłości wobec innych. Na lodzie został też po męskiej stronie Polemos , uosobienie zaczepności, walki i wojny (słowo polemos po grecku znaczy wojna). On właśnie zakochał się w odrażającej Hybris (po polsku możemy powiedzieć Hybryda) i chodzi za nią krok w krok. Gdziekolwiek pojawia się Hybris , a najczęściej wśród megalomańskich władców, tam w konsekwencji przyjdzie Polemos. Inaczej mówiąc, będzie wojna. Nie wiadomo, czy tylko hybrydowa.      

WOJNA

jacekbochenski

 

 

Profesor Walery Pisarek zostawił po sobie prócz niewygłoszonej w Katowicach laudacji, która była ostatnim jego tekstem, inny ostatni ślad: wypowiedź wygłoszoną. Dowiedziałem się o tym dzięki Dorocie, córce profesora. Ten jego wykład można usłyszeć w Internecie. Znalazłem i usłyszałem. Nawet więcej. Zobaczyłem. Głos wykładowcy płynie z obrazu, bo wyświetla się film video: brodaty językoznawca krakowski siedzi na tle półki  z książkami i kilimu zapewne w swoim domu. Omawia tylko jedno słowo w różnych relacjach z historią i kulturą. Ostatni pisany tekst profesora był o mnie, ostatnia wypowiedź jest o wojnie.

 

Być może, istnieje również tekst ostatniej wypowiedzi, nie wiem. Widzę, że siedząc na fotelu przodem do nas profesor zerka niekiedy do papierów leżących obok na stoliku. W pewnej chwili bierze je do ręki, po czym kładzie sobie na kolanach. Ale w tych papierach są raczej notatki pomocnicze, nie tekst wykładu, prawdopodobnie konspekt zagadnień do poruszenia oraz przykłady użycia słowa wojna w różnych sytuacjach i znaczeniach.

 

Słyszę od profesora przede wszystkim, że obecny rzeczownik wojna był pierwotnie przymiotnikiem rodzaju żeńskiego. Nigdy nie przyszło mi to do głowy. Bo wojna to przecież jakaś rzecz. Jaka? W przeszłości Słowian rzecz wojów, rzecz polegająca na wojowaniu, wojowa lub wojna rzecz, dziś powiedzielibyśmy  wojenna. No tak, myślę sobie, istotna była ta szczególna  jakość, ważniejsza niż przynależność w ogóle do rzeczy. Rzecz pozostawała w domyśle, jak w domyśle pozostawała u późniejszych Polaków inna rzecz. Mówili czysta i każdy rozumiał, że wódka, nie potrzeba było tego dopowiadać. Także ta czysta stawała się z przymiotnika rzeczownikiem, jak wojna. W przeciwieństwie do wojny zachowała jednak przymiotnikowe formy w odmianie przez przypadki, bo nalewamy sobie do kielicha czystej, nie czysty, natomiast mówimy o przeżyciach dziadka i babusi podczas drugiej wojny, nie wojnej światowej .

 

Takie refleksje snuję słuchając objaśnień profesora. Wojna zatem to dawny przymiotnik. Znaczył wojenna, domyślnie rzecz

albo sprawa, stwierdza krótko profesor. A mnie oczy otwierają się coraz  szerzej. Przymiotników rodzaju żeńskiego zamienionych w rzeczowniki z domyślnikiem rzecz lub sprawa jest w polszczyźnie więcej. - Dobra nasza! – wołali dziadek i babusia w trudnych czasach, by dodać sobie ducha. Dzisiejsza młodzież tak już nie powie. Ale nasza wygrana, a to też jest rzeczownik rodem z wyrażenia przymiotnikowego, wygrana w meczu piłkarskim, na loterii albo  w grze hazardowej na jednorękim bandycie – to młody człowiek może wciąż powiedzieć.     

 

Profesor Pisarek zwraca tymczasem uwagę na zachowanie Polaków pod innym względem. Na podstawie tego, co dalej robili z uformowanym jako rzeczownik słowem wojna, stara się wyśledzić  ich (też domyślny poniekąd) stosunek do rzeczy samej, to znaczy do wojny.  

 

Z jednej strony Polacy usiłowali pozbawić wojnę grozy. Do tego służyły w języku polskim zdrobnienia. Sam profesor zaczyna od wyznania, że jest dzieckiem wojny i że bać się nauczyła go wojna. Aby wojny wydawały się mniej straszne, Polacy przerabiali je na wojenki. Dokąd idziesz, Jasiu? Na wojenkę, Kasiu. Jakoś nigdy nie potrzeba było nazwać pokoju pokoikiem i jeśli powstało takie zdrobnienie, to tylko dla izby mieszkalnej o małym metrażu. Eufemistyczną wojenkę wymyślono, zdaniem profesora, głównie dla oswojenia z wojną pozostających w domu rodzin, nie żołnierzy, którzy na nią szli. Wróć, Jasieńku, z tej wojenki wróć, śpiewały dziewczyny. Ale jak to na wojence ładnie, kiedy ułan z konia spadnie, śpiewali też Jasieńkowie, dodam od siebie, i to był czarny humor żołnierski.

 

Z drugiej strony wojaczka (jeszcze jedno słowo pochodne od prastarego woja) nieobca była naszym przodkom, zauważa językoznawca.

Stare imiona słowiańskie, które przytacza, świadczą, że wojowaniem, jako rzeczą pozytywną i chlubną można się było cieszyć, począwszy od imienia pierwszego polskiego świętego, Wojciecha. Jest w nim pierwiastek woj i pierwiastek cieszenia się, uciechy: ciech. Pozytywne, lecz surowe pojmowanie sprawy sugerują z kolei takie imiona jak Bożywoj i Mściwoj. Po naszej stronie są Bóg i zemsta, rozumiem. Ale częściej niż z bojowo brzmiącym woj, przybierali nasi protoplaści imiona z członem mir, bo pewnie woleli pokój od wojny, sądzi profesor. Cieszymir, Dobromir, Sędzimir, Lubomir i tym podobne. Mir czyli pokój.

 

A jak dziś odbija się we współczesnym języku stosunek Polaków do wojny? Co słyszy językoznawca? Przede wszystkim, zdaje się, postrzega, że jest wiele wojen. Nie mamy już jakiejś tylko jednej, swojej wojny. Świat, niegdyś partykularny, uległ globalizacji, wojna z nim. Mamy cudze wojny, liczne i różne. Wszystkie nas dotyczą, choć niekoniecznie zdajemy sobie z tego sprawę. Mnóstwo ich profesor wylicza i odpowiednimi słowami nazywa, wśród nich najstraszniejsze, bratobójcze wojny domowe. Są wojny ponowoczesne, są takie, po których nastaje pokój jeszcze gorszy niż wojna, są wojny hybrydowe i post-wojny z czasów post-prawdy. Niechęć do wojny, odmowa i potępienie (precz z wojną!), nastroje, które wzmogły się na świecie i chyba w Polsce pod koniec zeszłego wieku, obecnie osłabły i jakby ustępowały pod naporem czegoś odwrotnego. 

 

Czy traf zrządził, że ostatnią wypowiedź przed śmiercią profesor Walery Pisarek, badacz języka, poświęcił słowu wojna i rzucił je na tak szerokie tło, czy kierowała  tym jakaś intencja? Był dzieckiem wojny nauczonym bać się i może chciał nas przed wojną ostrzec, nim umrze? Ale przecież nie spodziewał się śmierci. Według Doroty, miał zamiar pracować nad nową książką o języku polskiej prasy. Zbierał materiały z pierwszych lat po drugiej wojnie światowej.   

 

 

TELEWIZJA

jacekbochenski

 

 

Polski polityk najwyższego stopnia światowego, przewodniczący Rady Europejskiej, przyjechał jedenastego listopada na Plac Piłsudskiego w Warszawie, by uczcić przy Grobie Nieznanego Żołnierza setną rocznicę odzyskania niepodległości przez Polskę.

 

- Piękna uroczystość była-mówi pod wrażeniem transmisji telewizyjnej Polka, białowłosa emerytka na osiedlu Służew nad Dolinką. – Był prezydent i premier, i była Hanna Gronkiewicz Waltz, widziałam, i  wojsko, pięknie maszerowali, a ja lubię wojsko, wie pan, i był ten, który , no, nie mogę przypomnieć sobie nazwiska, no, ten, który mówił przez siedem godzin, wie pan…

 

- Nie wiem, chyba nikt już nie mówi przez siedem godzin.

 

- Ale to była taka sprawa, co to ludzie naskładali pieniędzy, no, jakoś tak się nazywała,  a teraz takie specjalne zebrania robią i on tak długo mówił, bo jego tam przesłuchiwali, taka jedna blondyna …

 

- Donald Tusk.

 

- Tak!

 

- Zeznawał siedem godzin przed komisją śledczą.

 

- Oczywiście. W sprawie tego, że ludzie potracili gdzieś pieniądze. Wszystko miesza mi się

w głowie. Od pewnego czasu nie pamiętam, jak się co nazywa.

 

- Afera Ambergold.

 

- A tak, tak. I wie pan, on nie dal się na niczym zagiąć i właściwie z  tego bardzo dobrze wyszedł, bo nic na niego nie znaleźli. A dziś na tej pięknej uroczystości był. Ja go nie widziałam, ale córka widziała , mówi, że był i , mówi, mamo, nikt mu ręki nie podał.

 

- To dobrze czy źle ? – pytam, niepewny poglądów sąsiadki.

 

 

- No, proszę pana, źle, oczywiście. Nie podać ręki! No niech pan sam powie, jak można człowiekowi nie podać ręki? Pan przecież pracował w telewizji, prawda?

 

- Nie. Nigdy nie pracowałem w telewizji.

 

- Nie? Ja pracowałam tam w księgowości. Teraz już jestem na emeryturze, ale pracowałam przez wiele lat. Zdawało mi się, że pana tam widziałam. Coś pokręciłam.  Wie pan,  wszystko mi się myli ostatnio w pamięci. Ale jak tak można, córka mówi, mamo, to przechodzi ludzkie pojęcie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

     

LITERATURA

jacekbochenski

 

 

„Justyna” z wystawy u pana Darka, księgarza w Centrum Handlowym Land,  ma powściągliwość w naturze. Od autora ją ma znanego z nieśmiałości i ledwo obecnego na  świecie. Ale ona sama po kilku dniach krycia się na wystawie w miarę możności za książką-sąsiadką ośmieliła się najwidoczniej, wynurzyła zza osłony  i zwróciła niemal całym przodem do publiczności chodzącej po korytarzu Centrum Handlowego Land. W ukryciu pozostał jedynie  wąski brzeżek okładki, którym „Justyna” zaczepia o bok pewnej siebie towarzyszki, żeby każdej chwili mogła się za nią wsunąć i chociaż do połowy schować.

 

Pan Darek wciąż  „Justynę” czyta, ale tylko przejazdem w metrze. Kiedy indziej nie ma czasu. A ona jest bardzo dobra do metra, mówi, bo złożona z krótkich kawałków, przede wszystkim jednak napisana lekkim językiem, łatwym i pięknym, który on, musi powiedzieć, naprawdę podziwia. Nikt już tak nie pisze. Stara gwardia kiedyś. Na przykład Mrożek.

© Blog III
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci